5 lat

Wraz z końcem roku zakończyła się moja pięcioletnia przygoda z drużyną Volkswagen Samochody Użytkowe MTB Team. Do drużyny dołączyłem w 2015 roku i od tego czasu moje nazwisko było nieodłącznie kojarzone z charakterystycznym logo VW na klatce piersiowej. Nie była to dla mnie łatwa decyzja, gdyż mam sporo pozytywnych wspomnień z ostatnich pięciu lat i zdaję sobie sprawę, że moja współpraca z drużyną była owocna dla obu stron. Z własnego doświadczenia wiem, w jakim stopniu wsparcie sponsorów pomaga w uprawianiu kolarstwa górskiego i jestem z tego powodu bardzo wdzięczny. Kolarstwo nigdy nie było dla mnie podstawowym źródłem utrzymania, co nie zmienia faktu, że cały czas stanowi istotną część mojego życia. O ile nie wyobrażam sobie całkowitego wyeliminowania aktywności rowerowej, tak rezygnacja ze ścigania prędzej czy później pewnie mnie czeka. Pasja, jaką niewątpliwie jest dla mnie kolarstwo, pomaga w oderwaniu od szarej rzeczywistości, odświeżeniu umysłu i samorealizacji na innej niż zawodowa płaszczyźnie. Jeśli ktoś (lub coś) sprawia, że jazda na rowerze przestaje być przyjemnością, a staje się niekoniecznie miłym obowiązkiem, to zdecydowanie coś jest nie tak. Dlatego też zdecydowałem się na opuszczenie drużyny. Czytając mój poprzedni wpis na stronie i mając chociaż niewielki kontakt z różnymi osobami ze środowiska kolarskiego, pewne informacje można wywnioskować. Tym bardziej, że jestem kolejną osobą opuszczającą drużynę z tego samego powodu. I na tym temat zakończę.

Niejako przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę. Coraz częściej zdarza mi się obserwować zbyt poważne podejście do naszego, bądź co bądź amatorskiego ścigania. Zasady fair play schodzą na dalszy plan, kiedy do gry wchodzi adrenalina i emocje związane z walką o śmierć i życie o miejsce w drugiej dziesiątce kategorii M4 na dystansie MINI… Oczywiście to tylko ironia, jednak grymas niezadowolenia na mecie wyścigu czy brak opanowania i „rzucanie mięsem” na trasie to nie jest odosobnione zjawisko i wcale albo bardzo rzadko dotyczy zawodników walczących o czołowe lokaty. Panowanie nad własnymi emocjami to bardzo ważna umiejętność, a jeśli częściej z wyścigów wracamy zestresowani niż uśmiechnięci, zastanówmy się, czy to w ogóle ma sens. Nie odbierajmy tej naszej zabawy zbyt poważnie, bo niczemu dobremu to nie służy. Nigdy nie byłem zwolennikiem taktyki „po trupach do celu”, a w przypadku kolarstwa gardzę nią podwójnie. W szczególności, jeśli wynik na zawodach bądź lepsze warunki sponsoringowe stają się ważniejsze od relacji z innymi ludźmi. Interesowność i egoizm na pierwszym miejscu.

Decyzję odnośnie opuszczenia drużyny podjąłem jeszcze przed pierwszymi wyścigami, stąd był to dla mnie wyjątkowo ciężki sezon. Cieszę się, że finalnie udało mi się odnaleźć na tyle dużo sił i motywacji, żeby wywiązać się ze wszystkich zobowiązań. Pod względem poziomu sportowego nie były to wyżyny moich umiejętności, jednak biorąc pod uwagę okoliczności – nie mam sobie wiele do zarzucenia. Mimo słabo przepracowanej zimy, moce generowane podczas zgrupowania w Hiszpanii w marcu nastrajały optymistycznie. Niestety po powrocie do kraju znowu wsiadałem na rower „za karę” i dopiero pod koniec maja wróciłem do konkretnych treningów. Na efekty nie musiałem zbyt długo czekać. Miesiąc po uporządkowaniu diety, treningów, pracy i spraw prywatnych, zacząłem nieśmiało zmniejszać dystans do czołówki krajowych maratończyków. Co prawda często lądowałem na najniższym stopniu podium lub tuż za nim, jednak warto zauważyć, że startowałem tylko i wyłącznie w dwóch najmocniej obsadzonych cyklach maratonów MTB w Polsce: Bike Maraton i Bike Atelier Maraton. Przez długi czas jedynymi zawodnikami, którzy byli w stanie przyjechać na metę przede mną, byli chłopacy z JBG2. Chyba żaden wstyd, co nie?

„Głowy” zaczęło brakować już przed Mistrzostwami Polski w Maratonie MTB w Gdyni, stąd nie jestem jakoś szczególnie zachwycony z zajętego tam dziesiątego miejsca. Dzięki temu jednak wiem, że stać mnie na więcej. Kolejne starty to równia pochyła formy zakończona ostatnim wyścigiem w Sobótce i dużą ulgą po wszystkim. Zasłużony odpoczynek od roweru na drugim końcu Świata już za mną, więc tylko czekać, co przyniesie jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *