Cztery dni pod rząd

Od ostatniego wpisu na stronie minął przeszło miesiąc. Przez ten czas sporo się u mnie działo zarówno w sprawach prywatnych, jak i tych związanych z kolarstwem. W połowie czerwca obroniłem pracę magisterską i ostatecznie pożegnałem się z Politechniką Śląską. Zdaję sobie sprawę, że czasy studenckie mogły być najlepszym okresem w moim życiu, jednak osobiście lubię momenty ostatecznego zamknięcia pewnych rozdziałów w życiu.

Po skręceniu kostki musiałem zrezygnować z treningów na rowerze przez tydzień. Dłużej nie wytrzymałem i w końcu wsiadłem na rower szosowy, chociaż zalecenia lekarzy były inne. Nadmiar stresu i przerwa w treningach niestety nie pozostały obojętne dla mojej dyspozycji, ale mam nadzieję, że już niedługo uda się wrócić do pełni sił.

Pierwszym startem po feralnych AMP był wyścig Sellaronda Hero we włoskich Alpach. Pierwszy raz miałem okazję ścigać się w tak ogromnej imprezie i muszę przyznać, że cały czas jestem pod wrażeniem organizacji i atmosfery zawodów. Na dystansie 60 km zająłem 6. miejsce, jednak dla mnie najważniejsze było to, że noga nie bolała i oprócz ograniczonej ruchomości w stawie skokowym nie odczuwałem żadnego dyskomfortu podczas jazdy. Po powrocie do kraju wystartowałem również w Pucharze Polski w maratonie MTB w Łopusznej (5. miejsce), gdzie moje braki treningowe zostały skutecznie obnażone…

Razem z trenerem uznaliśmy, że udział w czteroetapowym wyścigu Bike Adventure może być dobrym bodźcem treningowym, dlatego trzy dni przed pierwszym etapem zdecydowałem się na start. Późna decyzja skomplikowała sprawę organizacji wyjazdu i miejsca noclegowego. Zorganizowana na szybko lodówka turystyczna, zabrana z domu kuchenka, parowar i czajnik pozwoliły na stworzenie w pełni wystarczającego „aneksu kuchennego”. W niewielkim pokoju z łazienką znalazło się miejsce dla trzech facetów ze swoimi rowerami i całym niezbędnym ekwipunkiem pozwalającym na całkowitą niezależność. Na zdjęciu może wyglądać to inaczej, ale wszystko miało tam swoje miejsce, każdy kąt był zagospodarowany i mimo ograniczonej przestrzeni, komfortowo spędziliśmy razem cały wyjazd. W pokoju towarzyszyli mi Michał Stachowicz i Tomek Zakrzewski. Dzięki chłopaki za te rewelacyjne cztery dni!

Na dyspozycję w wyścigu etapowym nieoceniony wpływ ma odpowiednie odżywianie i regeneracja. Dieta w poszczególnych dniach nie różniła się znacząco od siebie. Każdy dzień zaczynał się od solidnej kawy na pobudzenie układu trawiennego oraz makaronu z dodatkami (pesto + oliwki, serek wiejski + owoce, jogurt + musli) na 3h godziny przed startem. W trakcie wyścigu wystarczały 2-3 żele energetyczne i 2 półlitrowe bidony z izotonikiem. Bardzo istotne jest szybkie uzupełnienie płynów i węglowodanów zaraz po przekroczeniu mety. Tutaj niezastąpione były owoce oraz pyszne drożdżówki na bufecie. Po umyciu roweru, zjechaniu do kwatery i szybkim prysznicu, przychodziła pora na pełnowartościowy posiłek bogaty w węglowodany i białko, czyli przykładowo ryż + tuńczyk, kasza jaglana + indyk, makaron + wątróbka drobiowa. Do tego oczywiście spore ilości warzyw (brokuł, kalafior, szpinak, pomidor, mrożone mieszanki…). Na kolację kolejna porcja warzyw, białka i węglowodanów, czyli paliwo na kolejny dzień eksploatowania organizmu. W ciągu tych kilku dni przez naszą „jadalnię” przewinął się także niejeden budyń, jogurt naturalny, serek wiejski, dżem, pieczywo chrupkie, szproty w sosie pomidorowym, pomidory i tuńczyk w puszce, niezliczone ilości owoców i warzyw, a także tatar. O lodach nie wspominam, bo to przecież oczywiste. Bliskość sklepu spożywczego na wyjazdach jest nieoceniona.

Wracając do rywalizacji. Tereny w okolicach Szklarskiej Poręby gwarantują rewelacyjne trasy i muszę przyznać, że każdego dnia bawiłem się fenomenalnie, czerpiąc frajdę z widokowych podjazdów i technicznych zjazdów. Niestety na kiepski wynik w klasyfikacji generalnej (3. miejsce) wpłynęła półgodzinna strata czasowa z pierwszego dnia rywalizacji, kiedy to dwukrotnie walczyłem z defektem ogumienia. Na podjeździe najechałem na coś ostrego i uszkodziłem równocześnie obie opony. Dziękuję Pawłowi Bubnowskiemu, który tekstem „Bierz tą dętkę, zakładaj, bo do mety masz zajebisty zjazd!” przerwał mój dwukilometrowy spacer i zmotywował do dalszej jazdy. Nie bez znaczenia był też udział turystów, którzy poczęstowali mnie czeskim piwem i pomogli w pompowaniu dętki. Pozostałe trzy etapy przejechałem już bez defektów (pewnie za sprawą całowania opon przez współlokatorów) i wszystkie wygrałem. Tylko tyle mogłem zrobić – etapówki rządzą się swoimi prawami i niestety kolejny raz nie dane mi było wygrać, ale może w przyszłym roku. Gratulacje dla zwycięscy i organizatorów za świetnie przygotowaną imprezę! To był mój drugi występ w Bike Adventure i kolejny raz wracam z samymi pozytywnymi wspomnieniami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *