Przegląd formy

Długo w tym roku przyszło nam czekać na pierwszy tak ciepły i słoneczny weekend. Zima była sroga, co najwidoczniej wcale nie musi świadczyć o tym, że ciepłe wiosenne dni nadejdą szybciej. Pierwsze wyścigi w Polsce stały pod znakiem błota i zimna. Zdecydowanie nie są to moje ulubione warunki do ścigania. Muszę przyznać, że pogoda ma bardzo duży wpływ na całość mojego ogólnie pojętego funkcjonowania. Lubię trzymać się założonego planu, a kiedy pogoda go psuje, zazwyczaj nie pozostaje to obojętne na mój humor czy dietę tego dnia…

 

Jeśli chodzi o pierwsze krajowe ściganie to nie obyło się bez niespodzianek. Na trasach w Miękini, Krakowie, a w szczególności w Polanicy-Zdroju, była cała krajowa czołówka maratończyków MTB. Takie wiosenne Mistrzostwa Polski. Zawodnicy seryjnie wygrywający wyścigi w północnych rejonach kraju przyjeżdżają nagle poza pierwszą dziesiątką czy dwudziestką. Na pewno branie udziału w takich wyścigach uczy pokory i boleśnie obnaża wszelkie braki, ale głównie dzięki temu jesteśmy w stanie podnosić swój poziom. Wydaje mi się (z resztą nie tylko mi), że poziom krajowy z roku na rok jest wyższy, a rywalizacja bardziej zacięta. Co prawda najważniejsze wyścigi w większości były zdominowane przez chłopaków z JBG-2 (na ten moment to zupełnie inny poziom), ale czas pokaże, czy w trakcie sezonu taka sytuacja się utrzyma.

 

Jestem przyzwyczajony do tego, że moja dyspozycja z weekendu na weekend jest coraz lepsza, ale muszę przyznać, że po pierwszym Bike Maratonie w Miękini byłem załamany. Nogi zupełnie nie chciały współpracować, a defekt napędu dopełnił bardzo słaby wynik. Jeden słabszy dzień, wyścig, po którym zastanawiasz się, czy te wszystkie godziny zimowych treningów w mrozie, przerzucania żelastwa na siłowni i kręcenia kilometrów na zgrupowaniu we Włoszech nie poszły czasem na marne… Na szczęście Zdzieszowice i Dąbrowa Górnicza to już bardziej pozytywne wrażenia z jazdy, które przełożyły się na rewelacyjną dyspozycję podczas wygranego Rocky Mountain BIKE Marathon we włoskiej miejscowości Riva del Garda.

 

Po powrocie z Włoch zmagałem się z osłabieniem i przeziębieniem, które, prawdę mówiąc, dopiero teraz całkowicie mnie opuszcza. Wahania temperatur i ciągłe opady nie dawały mi się do końca wyleczyć, ale głupio byłoby odpuszczać kolejne wyścigi. Ciężko porównać mi obecną dyspozycję do tej z zeszłego roku. Od tego sezonu jeżdżę z miernikiem mocy w rowerze MTB, więc będę miał punkt odniesienia w kolejnych latach. Teraz mogę na przykład porównać moją obecną wagę, która mimo usilnych starań jest wyższa od ubiegłorocznej o jakieś 2 kg. Najważniejsze jednak jest to, że ściganie cały czas sprawia mi mnóstwo frajdy i cieszę się na każdy kolejny weekend startowy, który jeszcze przede mną. Łączenie pracy zawodowej na pełen etat z treningami nie jest łatwe, ale udaje mi się to jakoś pogodzić. W kwestii treningu, diety i psychiki (w moim przypadku to chyba najważniejsze) nie wszystko udaje się zgrać w 100%, ale w końcu kolarstwo to dla mnie przede wszystkim pasja, a nie źródło utrzymania.

 

W ostatnich maratonach w Wiśle, Polkowicach czy Gliwicach nabrałem trochę pewności siebie. Cyferki z miernika mocy swoją drogą, a „głowa” swoją. Plan startów jak co roku jest napięty, ale na szczęście głód ścigania równie duży. Trzymajcie kciuki za kolejne wyścigi i do zobaczenia na trasie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *