Waga koszulki

Na początku tego roku zdecydowałem o rezygnacji z licencji zawodnika Elity na rzecz kategorii amatorskiej Cyklosport. O powodach tej decyzji informowałem już niejednokrotnie, więc zainteresowanych odsyłam do dwóch wpisów: tutaj oraz tutaj. Patrząc z perspektywy sezonu uważam, że była to słuszna decyzja. Nie ma fizycznej możliwości, abym pracując przez osiem godzin dziennie (w większości w pozycji siedzącej przed komputerem) rywalizował na równi z zawodnikami „etatowymi”. Tak jak się spodziewałem, sezon obfitował we wzloty i upadki i bez wątpienia nie był dla mnie łatwy. Nadal nie do końca wszystko mam pod kontrolą, ale chyba da się to pogodzić. Z naciskiem na chyba.

 

W tym wpisie chciałbym skupić się przede wszystkim na przygotowaniach do Mistrzostw Polski w Maratonie MTB w Wałbrzychu, które były moim głównym celem na drugą część sezonu i z których wróciłem z biało-czerwoną koszulką Mistrza Polski w kategorii Cyklosport. W tym roku bardzo zależało mi także na dobrym wyniku w Rocky Mountain BIKE Marathon w Riva del Garda pod koniec kwietnia i to chyba byłoby tyle, jeśli chodzi o imprezy o najwyższym priorytecie. Oczywiście o jak najlepszy wynik walczyłem podczas wielu wyścigów, ale brakowało mi motywacji jadąc n-ty raz maraton w tej samej lokalizacji od kilku lat. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że słabszy sezon mógł wynikać też właśnie z braku motywacji i… celu! Delikatne wypalenie, może znużenie…? Po srebrnym medalu przywiezionym z MP XCO w Warszawie miałem niedosyt. Koszulka to koszulka, nawet w Cyklosporcie.

W środku sezonu, szczególnie bezpośrednio po Bike Adventure, miałem duży problem z dietą. Wydaje mi się, że temat jedzenia kompulsywnego wśród kolarzy jest dość powszechny. Nie będę wnikał w szczegóły, bo to nadal trudny temat dla mnie. Stres w pracy, spory wydatek energetyczny podczas treningów i zawodów, wszechobecne „śmieciowe” jedzenie czy ciągłe funkcjonowanie na limicie kalorycznym sprawia, że odżywianie to bardzo ważny czynnik decydujący o sukcesie w sporcie bądź jego braku. Same treningi przy tym to bułka z masłem!

 

Po wejściu na wagę półtora miesiąca przed MP doznałem głębokiego szoku i zdecydowałem o całkowitym wyeliminowaniu z diety słodyczy, lodów, ciasteczek, ciast i innych nafaszerowanych chemią, utwardzonym tłuszczem i cukrem produktów. Tylko i aż tyle. W imię czego? W imię udowodnienia sobie, że można, że mam silną wolę, że powalczę w Wałbrzychu, że będzie lżej na podjazdach. Wstępnie liczyłem na 3-4 kilogramy w dół w ciągu półtora miesiąca, ale ostateczny rezultat bardzo mnie zaskoczył. Różnica między masą ciała ostatniego lipca i w dzień wyjazdu na wyścig docelowy (8. września) wyniosła… 8,2 kg! W 40 dni. Dla jasności dodam tylko, że pierwsze ważenie miało miejsce po trzech dniach „detoksu” i to dzień po maratonie, więc organizm teoretycznie powinien być odwodniony i wypłukany z glikogenu. Wszystkie ważenia na czczo po wstaniu z łóżka i toalecie (patrz: wykres).

Od razu spieszę donieść, że nie było to ani zdrowe, ani rozsądne. Mówię tutaj o utracie masy ciała w tak krótkim okresie czasu, a nie odstawieniu niezdrowego jedzenia. Mądre książki mówią o okresie 21 do 28 dni potrzebnych na wykształcenie w sobie nawyku, jednak muszę przyznać, że pokusy w ostatnich dniach były bardzo silne. „Cheat day” po wyścigu nie przyniósł jednak nadzwyczajnej ekscytacji, więc mam nadzieję, że na stałe uda mi się ograniczyć przede wszystkim spożywane ilości cukrów prostych. A przynajmniej przekonać własną głowę, że szósty kawałek sernika smakuje dokładnie tak samo jak pierwszy…

 

Ciężko mi stwierdzić, czy utrata masy miała jakikolwiek pozytywny wpływ na wynik w Wałbrzychu. Z pewnością przez pierwsze dwie godziny na podjazdach czułem lekkość, jakiej w tym sezonie nie doświadczyłem. Niestety coś kosztem czegoś i po dwóch godzinach już nie byłem w stanie tak samo mocno naciskać na pedały. Zapasy glikogenu wyczerpały się zdecydowanie za szybko, więc końcowy wynik na mecie był daleki od wymarzonego. Test przeprowadziłem na żywym organizmie i teraz muszę wynieść z niego lekcje. Niczego jednak nie żałuję i nadal strasznie się cieszę z wywalczonej koszulki.

Na podsumowanie sezonu z pewnością przyjdzie jeszcze czas, bo przez najbliższy miesiąc czeka mnie jeszcze kilka wyścigów. Teraz jednak już z górki, bez większej presji i z powoli powstającymi planami odnośnie przyszłego sezonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *